Autor

Wojtek Wilczyński

Janek, jedyny syn w warszawskiej siedmioosobowej rodzinie, był oczkiem w głowie swojej mamy Katarzyny. Cztery córki, traktowane zawsze bardzo surowo, nie absorbowały jej serca i myśli w takim stopniu jak On. Dla Janka zawsze było wszystko – eleganckie ubrania, dobry korepetytor, pieniądze. Otrzymywał to, czego zapragnął. Ojciec, który często przebywał poza domem, z obawą obserwował jego tryb życia i relacje z matką. Wybuchła wojna i nastał czas niemieckiej okupacji – pełen zagrożeń i patriotycznych uniesień. Dla Janka, studenta SGH, był to również okres miłosnych porywów. W uczuciach do dziewczyn nigdy nie był stały. Przynajmniej trzy z nich miały powód do rozpaczy, gdy Janka, wówczas dwudziestolatka, schwytano w 1940 roku na ulicy podczas jednej z pierwszych łapanek i wywieziono do obozu w Oświęcimiu.

Pan Zbigniew zdecydował się złożyć na ręce prezesa sądu wniosek o przyjęcie w poczet biegłych. Dyplom i udokumentowane doświadczenie zawodowe uznano za wystarczające – mianowano go biegłym sądowym. Dziedzina – budownictwo, specjalność: rozliczanie robót budowlanych. Na przestrzeni wielu lat pracy dla sądu ustanawiano go biegłym w około osiemdziesięciu sprawach.
Pierwsze rozprawy wywoływały w nim niesamowity stres. Jak należało zachować się w roli biegłego na sali sądowej, znając arkana prawa w mniejszym stopniu niż adwokaci – peł-nomocnicy zajadle walczących ze sobą stron? Po roku nabrał doświadczenia i nieco pewności siebie. Po otrzymaniu akt od sądu należało dokonać szybkiej oceny, czy w danej sprawie jest w stanie sobie poradzić.
Każda, niemile widziana przez sąd, rezygnacja biegłego z wykonania opinii musiała być sensownie uzasadniona. Odmowa uzasadnienia mogła spowodować jego ukaranie. Sąd formułując w swoim postanowieniu przedmiot opinii, podawał treść pytań, na które biegły miał obowiązek odpowiedzieć.

Warszawski prokurator miał kilka słabości. Lubił spotkania z kolegami, z którymi przy brydżu spędzał całe noce, nierzadko przy alkoholu i w towarzystwie miłych pań. Na wdzięki pięknych kobiet nigdy nie pozostawał obojętny. Przystojny, pełen humoru i energii, miał wielu przyjaciół. Przez blisko dziesięć lat pełnił funkcję pierwszego prokuratora, nadzorującego przestępstwa kryminalne. Podczas służby niemal nie było dnia bez ciężkich przestępstw, zmasakrowanych ciał i innych różnego rodzaju rodzaju nieszczęść. Stolica, jak magnes, przyciąga wszystkich, nie tylko tych dobrych. Nie ma się co dziwić, że w dni wolne, bo takie czasem miewał, szukał odprężenia i rozrywki w gronie osób, które lubił.

W roku 1946 polscy żołnierze stacjonowali niedaleko Brindisi, Ancony, Salento i Casamassima. Piękna Włoszka Giulietta zakochała się w Comandante polacco – polskim dowódcy miasteczka – poruczniku Drugiego Korpusu generała Władysława Andersa. Późnym wieczorem kierowca zawiózł porucznika jeepem do domku Giulietty, leżącego nieopodal miasteczka. W środku zastali rozbawione towarzystwo, więc porucznik, nie zwlekając, dołączył do trwającego już szaleństwa. Na widok Comandante wino, wódka i szampan polały się strumieniami. Śpiewy, tańce, całowanie, ech – tak polscy alianci nieprzerwanie fetowali swoje zwycięstwo nad włoskimi faszystami. Przyszedł środek nocy, a rano porucznik miał zorganizować apel, odebrać meldunki i przeprowadzić odprawę.

Trzeciego dnia pobytu w Andaluzji wcześnie rano ruszamy w czwórkę z Nerja na rajd po południowej Hiszpanii. Auto wypożyczone na lotnisku w Maladze spisuje się bez zarzutu. Najpierw zwiedzamy Gibraltar, który zadziwia nas organizacją ruchu. Przed startem i lądowaniem droga na półwysep zamykana jest szlabanem, biegnie bowiem w poprzek pasa startowego lotniska. Widoki piękne. Wjeżdżamy bezczelnie do góry ile się da. W końcu droga kończy się, co dobitnie uzmysławia stalowa przegroda i panoszące się wokół stado małp.
Na horyzoncie widać afrykańską Ceutę, a czterysta metrów od brzegu pływającą boję, oznaczającą miejsce katastrofy Liberatora z generałem Władysławem Sikorskim. Z drugiej strony wysokiej góry, u jej podnóża, stoi w porcie wiele statków. Po trzech godzinach zjeżdżamy do miasta, przy okazji uwalniając się od natrętnych małp. Pędzimy wzdłuż wybrzeża Atlantyku do Cadiz. Miasto robi sympatyczne wrażenie. Z portowego nabrzeża ruszamy na zwiedzanie jego najpiękniejszych miejsc i budowli. Z górnego pokładu miejskiego tour-autobusu podziwiamy architekturę i z pomocą lektora, przez słuchawki poznajemy jego historię.