Lotnisko Burgas jak co roku przyjmowało samoloty z turystami, którzy zapragnęli
spędzić wakacje nad Morzem Czarnym. Przybywali przede wszystkim z krajów bloku
wschodniego, ale od urlopów w Bułgarii i wygrzewania się na słynnych „Eva pljaż” nie
stronili też obywatele innych krajów. W pobliskim Słonecznym Brzegu można było spotkać
wielu mieszkańców Republiki Federalnej Niemiec. Lotnisko wciąż było czynne, ale trwały
intensywne prace przygotowawcze do jego modernizacji i rozbudowy. Polski eksporter robót
budowlanych – warszawska Centrala Handlu Zagranicznego – już zgromadził na lotnisku
maszyny budowlane, a do hotelu robotniczego właśnie dojechała większość pracowników z
ponad stuosobowej załogi.
Było późne lato, koniec sierpnia, kiedy w samo południe otworzyły się drzwi biura
młodego polskiego pełnomocnika na lotnisku Burgas. Ku jego zaskoczeniu stanęła w nich
siostra jego teściowej, mieszkanka Giżycka, uroczego miasteczka z Krainy Wielkich Jezior.
Takiego niezapowiedzianego gościa w nagrzanym słońcem kontenerze, stojącym na płycie
lotniska, z pewnością nie mógł się spodziewać.
Po standardowym:
– Dzień dobry Ciociu! – padło pytanie zadane mimo woli:
– Co Ciocia tu robi? – a w domyśle:
– A skąd się u licha tutaj wzięła, jak mnie znalazła i czego może chcieć? Na odpowiedź
nie musiał długo czekać, bo ciocia Halina, pani dobiegająca sześćdziesiątki, dzielnie popijając
gorącą kawę w niemiłosiernym upale, rozpoczęła swój monolog. Przyjechała cztery dni temu
na dwutygodniowe wczasy do Słonecznego Brzegu. I tego, co przeżyła, jak twierdziła, nie da
się spokojnie opowiedzieć.
Okazało się, że za dziesięć dni ma wracać pociągiem do Warszawy i myśl o tym nie
pozwala jej odpoczywać, opalać się, kąpać i nawet spokojnie spać. Chyba z pół godziny
trwało opowiadanie o tym, jakie katusze przeżyła w pociągu podczas podróży z Warszawy do
Burgas. Potworny upał w wagonie o mało jej nie zabił. Okna były pozamykane i oczywiście
nie było klimatyzacji. Rumuni – prawie, prawie ją doszczętnie ograbili – ale przejrzała ich
zamiary i im się nie udało.
Kuszetka była wąska i twarda jak skała. Nieżyczliwi towarzysze podróży nie zlitowali się
nad nią i musiała z trudem gramolić się na górne łóżko, wielokrotnie narażając życie.
Szczególnie wtedy, gdy wagon wyprawiał dziwne harce, zamiast majestatycznie podążać
do celu. Jazda, z czego wcześniej nie zdawała sobie sprawy, trwała aż 36 godzin i do tej pory,
po czterech dniach, nie może dojść do siebie. Jeden pan chrapał przez całą drogę tak strasznie,
że podróżni z sąsiednich przedziałów, by go uciszyć, co chwila walili w ścianę. Brakowało
wody i jedzenia, groziła jej więc, jak zagubionemu na pustyni, śmierć w wyniku niechybnego
odwodnienia, skrajnego wycieńczenia i niedożywienia.
Pan pełnomocnik słuchał jej monologu, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać. Gdy pani
Halina nieco ochłonęła i zrobiła w opowiadaniu przerwę, pan pełnomocnik złożył jej wyrazy
gorącego... no może nie w tym upale, ale z pewnością serdecznego współczucia, nieopatrznie
zadając kurtuazyjne pytanie:
– Czy mogę Cioci w czymś pomóc?
Nie spodziewał się, że ciocia nie odwiedziła go przypadkiem, a jego pytanie otworzy jej
drogę do realizacji z góry założonego celu.
Okazało się, że nie zamierza odbyć podróży powrotnej pociągiem, bo drugi raz takich
cierpień nie przeżyje. I oczekuje pomocy. Ma ona polegać na załatwieniu miejsca w
samolocie do Warszawy. Drobny problem wynika z faktu, że nie ma pieniędzy na bilet
samolotowy oraz, jak dotąd, nie wiedziała jak i z kim go załatwić.
W Słonecznym Brzegu doznała „olśnienia” – przypomniała sobie o nim, mężu córki
rodzonej siostry, szefie budowy w Burgas. I pomna przygód na trasie kolejowej,
zdeterminowana do granic, wsiadła do autobusu i przyjechała do Burgas. Tak bardzo, bardzo
nie chciała wracać pociągiem do Warszawy razem ze swoją, napawającą ją obrzydzeniem
grupą wczasowiczów, że sforsowała wszelkie bariery by tutaj dotrzeć.

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

Podobne Wpisy