Kategoria

O wierze i przetrwaniu

Czasem zastanawiam się nad definicją odwagi. A właściwie nie czasem. Myślę o tym bardzo często. Nie jest łatwo zanalizować siebie samego, tak do głębi, by móc przewidzieć własną reakcję w ekstremalnej sytuacji. Są w życiu chwile, gdy stajemy przed zagrożeniem bezpieczeństwa własnego, swoich bliskich, osób obcych. Zadaję sobie pytanie – jak bym się zachował? Dam się ponieść nieszczęściu czy stawię czoła zagrożeniu? I od czego zależeć będzie moja reakcja? Czy zachowanie zimnej krwi wynika z silnej psychiki, czy wyłącznie konkretnych okoliczności i reakcji emocjonalnej, stanu ducha w tym konkretnym momencie?

Polak, warszawianin z Mokotowa, porucznik z baonu Zośka, po upadku powstania warszawskiego znalazł się na robotach w Norymberdze. Ciężko pracował na kolei. Był listopad 1944 roku. Hitlerowskie Niemcy były w odwrocie na wszystkich frontach. Więźniom oflagu Niemcy przestali wydawać posiłki. Sami otrzymywali niewielkie racje żywnościowe i to nieregularnie.
Było późne popołudnie, gdy nastąpiło coś, co rozbudziło w nim wiarę i nadzieję. O tym, co zdarzyło się pewnego listopadowego zmierzchu opowiedział tak: