Szare pudełko z Australii

Janek, jedyny syn w warszawskiej siedmioosobowej rodzinie, był oczkiem w głowie swojej mamy Katarzyny. Cztery córki, traktowane zawsze bardzo surowo, nie absorbowały jej serca i myśli w takim stopniu jak On. Dla Janka zawsze było wszystko – eleganckie ubrania, dobry korepetytor, pieniądze. Otrzymywał to, czego zapragnął. Ojciec, który często przebywał poza domem, z obawą obserwował jego tryb życia i relacje z matką. Wybuchła wojna i nastał czas niemieckiej okupacji – pełen zagrożeń i patriotycznych uniesień. Dla Janka, studenta SGH, był to również okres miłosnych porywów. W uczuciach do dziewczyn nigdy nie był stały. Przynajmniej trzy z nich miały powód do rozpaczy, gdy Janka, wówczas dwudziestolatka, schwytano w 1940 roku na ulicy podczas jednej z pierwszych łapanek i wywieziono do obozu w Oświęcimiu.
Przywykły do luksusu nie umiał się w obozie odnaleźć, przystosować do życia pełnego strachu, udręki i głodu. Matka, w przystępie szalonej rozpaczy, dokonała cudu. Przekupiła złotem i dolarami wysokiego rangą niemieckiego oficera, który załatwił zwolnienie Janka z Oświęcimia. Historia zna jedynie pojedyncze takie przypadki i to wyłącznie w pierwszych miesiącach funkcjonowania obozu. W ciągu trzech miesięcy od uwięzienia Janek przerażająco wychudł. Koledzy z Warszawy odebrali go pod bramą i po całodniowej podróży wnieśli na noszach, niemal nieprzytomnego, do domu na ulicy Zielnej. Ważył trzydzieści sześć kilogramów. Zwolnienie z obozu nastąpiło niemal w ostatniej chwili, kolejnego miesiąca Janek by nie przeżył. Niedługo potem okupant stał się całkowicie bezwzględny wobec Polaków.
Na początku rekonwalescencji dostawał minimalne ilości jedzenia. Wygłodzony organizm musiał się przystosować. Troskliwie karmiony przez mamę powoli dochodził do siebie. Był bardzo zdolny, ale do nauki nie wkładał serca. Przed wojną, by oderwać go od nieciekawego towarzystwa w jakim się znalazł, wysłano go z Warszawy do gimnazjum z internatem w Radomiu. Z maturą w zębach przejechał jak szalony, na rowerze, te sto pięć kilometrów po dziurawej drodze do Warszawy, by z triumfem wręczyć ją mamie. Tuż przed okupacją zaczął studiować na SGH.
Pomysły Janka zawsze wprawiały w zdumienie. Przed wojną jego mama, idąc ulicą Górnośląską, zobaczyła jakiegoś szaleńca jadącego na rowerze w dół bez trzymanki. Pomyślała natychmiast, że niektórzy rodzice w ogóle nie troszczą się o dzieci. Powinni być ukarani! Przemknęło jej to przez głowę, gdy pędzący w dół chłopiec, śmiejąc się, nieoczekiwanie pomachał do niej. Na widok własnego syna zamarła ze strachu. Wiadomo, jak
stromy jest zjazd Górnośląską w dół – od sejmu w stronę ulicy Myśliwieckiej. Niechybnie w domu oberwał, ale o tym historia milczy.
Jako kilkunastoletni chłopiec, podczas śniadania, chcąc popisać się przed siostrami, chwycił jajko ugotowane na twardo i zawołał:
– Kto tak umie?! Połknę całe!!!
Nikt nie potraktował serio jego deklaracji, więc zanim go powstrzymano, wepchnął je do gardła. I próbował przełknąć! W całości! Jajko utkwiło w przełyku. Oczy niemal wyszły mu na wierzch. Zaczął się dusić. Szok, krzyk, któraś z sióstr pobiegła po sąsiada lekarza. Zaczęły się konwulsje, cały zsiniał. Nie sposób opisać tego, co się działo. Gorące okłady, bicie po plecach. Miał szczęście, że go odratowano.

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o