Wilczyński Nowele

Godzina 20.30. Warszawa w okowach siarczystego mrozu. W mieście sypie
gęsty
śnieg, niesiony porywistym wiatrem. Mocny akcent na pożegnanie Starego
Roku. Do północy
pozostały trzy godziny, ale do odjazdu pociągu ze Śródmieścia – zaledwie jedna.
Uczestniczę
w ostatnich przygotowaniach do Sylwestra, w którym sam nie będę brać udziału.
Mam
siedemnaście lat i dość swoich „starych”, wraz z ich towarzystwem. Znowu
zabawa
w naszym domu. Nikt rodziców nie musiał szczególnie namawiać – sami
zaproponowali

Jeszcze wiele lat po drugiej wojnie ze Starych Włoch na Nowe można było wybrać drogę przez tunel, pod peronami, albo znacznie ciekawszą, przez przejazd zamykany na szlabany. W tunelu dla pieszych, pod peronami, zwykle stała woda. Dlatego jako mali chłopcy ganialiśmy się tam w gumowcach. Prawdziwą atrakcją był dla nas przejazd kolejowy. Właśnie tam mnóstwo się działo. Ruch pociągów był duży, więc szlabany otwierano na bardzo krótki czas.
Na przejeździe w długiej kolejce czekały wozy konne, ręczne platformy na dwóch kółkach, piesi, rowerzyści, czasem jakaś ciężarówka i autobus. Każdy chciał przejechać, wszystkim się śpieszyło.

Część pierwsza

Szedł ulicą w kierunku śródmieścia, gdy zadzwoniła jego komórka. To Luc
Berton.
Zatrzymał się i odebrał połączenie, mimo hałasu wywołanego gwarem rozmów,
różnymi
odgłosami i warkotem silników. Zgiełk potęgowali kierowcy aut stojących na
zakorkowanej
ulicy, walczący klaksonami o wolną drogę.
- Cześć Luc! I co?
- Yves, słuchaj, cholernie się cieszę, wszystko załatwione, masz u nas angaż
od października! – usłyszał uradowany głos Luca.
- Super, dzięki przyjacielu – odpowiedział Yves i po chwili dodał:
- Spróbuję poszukać locum, zamierzam przyjechać dwa tygodnie wcześniej.

Koniec lat osiemdziesiątych. Po locie do Doniecka jedziemy dalej samochodem na polskie budowy przechowalni warzyw i owoców. Pierwszą miejscowością jest Makiejewka. Są na świecie miejsca, do których nie dotarła współczesna cywilizacja i kultura. Ale w Europie? Wspomnienia ze wschodniej Ukrainy są druzgocące. Nowe, a już rozklekotane żiguli wolno zmierza ku budowom znacznie oddalonym od metropolii. Jazda przypomina slalom – w drogach znajdują się wielkich rozmiarów dziury, pęknięcia, rozpadliny i garby. By nie urwać podwozia, należy je omijać starannie i z niewielką prędkością. Wokół szaro-czarne pustkowia pozbawione roślinności. Step bez życia. Po wielu godzinach wyczerpującej jazdy docieramy do celu. Są nim niewielkie miejscowości, chaotycznie zabudowane.

Część pierwsza

Początek września był cudowny. Nie dało się zauważyć wyraźnych oznak nadchodzącej jesieni. Słońce grzało jak w środku lata, a szczyty gór pyszniły się dumnie na tle błękitnego nieba. Wciąż żywa zieleń porastała hale, stoki i łąki Kotliny Kłodzkiej. Grupa liczyła dwanaście osób. Wszyscy byli studentami z Krakowa. Nie chcieli zmarnować ostatnich tygodni przed rozpoczęciem roku akademickiego. Włóczęgę po pubach i dyskotekach zostawili innym. Michał, główny organizator i przewodnik z licencją, wywiesił swoje ogłoszenie o wycieczce w połowie sierpnia, na tablicy uczelnianej w holu głównym. Towarzyszyła mu lista dla zainteresowanych licząca dwanaście miejsc. Następnego dnia po południu
była już całkowicie zapełniona. Kolejni chętni dopisywali się poniżej w nadziei na czyjąś rezygnację lub decyzję
o powiększeniu liczby uczestników.