Jeszcze wiele lat po drugiej wojnie ze Starych Włoch na Nowe można było wybrać drogę przez tunel, pod peronami, albo znacznie ciekawszą, przez przejazd zamykany na szlabany. W tunelu dla pieszych, pod peronami, zwykle stała woda. Dlatego jako mali chłopcy ganialiśmy się tam w gumowcach. Prawdziwą atrakcją był dla nas przejazd kolejowy. Właśnie tam mnóstwo się działo. Ruch pociągów był duży, więc szlabany otwierano na bardzo krótki czas.
Na przejeździe w długiej kolejce czekały wozy konne, ręczne platformy na dwóch kółkach, piesi, rowerzyści, czasem jakaś ciężarówka i autobus. Każdy chciał przejechać, wszystkim się śpieszyło. Bacznie pilnowali swojego miejsca w kolumnie, bo następna okazja mogła być za pięć minut albo... za godzinę. Taki był ten tłum, jak jego trudne życie – ubogie, brudne i prymitywne, gdy dni upływały na zdobywaniu najprostszych produktów i przedmiotów. Zewsząd dochodziło rżenie koni, gwar rozmów i sporów, turkot kół wózków i wozów z żelaznymi obręczami. Wokół dominował zapach końskiego nawozu tworzący w powietrzu nieprzyjazną mieszaninę ze spalinami autobusu. Ludzie ze wsi przemieszczeni do miasta nie przechodzili łatwo adaptacji do nowych warunków. Standardy ich zachowań były inne. Z ciekawości często tam przychodziliśmy. Sceny mrożące krew w żyłach były na porządku dziennym. Zdarzenie goniło zdarzenie. To relacja z takiego, które zobaczyłem:
Wóz z węglem wjeżdża na przejazd, mimo że dróżnik dał sygnał brzęczkiem i właśnie opuszcza szlabany. Woźnica zostaje uderzony dolną poprzeczką szlabanu i ruchomymi, zwisającymi prętami. Upada do wnętrza wozu, który staje w poprzek torów, uwięziony na przejeździe, przed już zamkniętym drugim szlabanem. Słychać przeraźliwy huk i gwizd nadjeżdżającego dalekobieżnego pociągu relacji Warszawa–Berlin. Gwałtownie narasta stukot drżących szyn. Dróżniczka, chcąc zapobiec niechybnej śmierci człowieka i konia, a jeśli pociąg wykolei się tuż przed peronami – Bóg wie czyjej jeszcze, kręci korbą, próbując unieść szlaban. Ten zdaje się podnosić całą wieczność, podobnie jak woźnica, który, mając widocznie w czubie, z wolna wstaje na kolana i co widać wyraźnie, nie w pełni zdaje sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa. Widząc ruch szlabanu, mocno uderza konia batem. Przód nadjeżdżającej lokomotywy wyrzucającej pióropusz dymu i pary właśnie mija budynek zawiadowcy. Po chwili, nie zwalniając biegu, wjeżdża na przejazd. Tymczasem koń, po szalonym szarpnięciu, w wyniku którego woźnica znów spada z ławki, ciągnie wóz przez tory. Na oczach przerażonych ludzi lokomotywa ociera się o tył wozu, łamiąc wystający drąg
rozwory i zrzucając zawieszoną na nim lampę naftową.

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o