W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy mieszkaliśmy we Włochach, zimy były
mroźne i śnieżne, a okresy letnie bardzo gorące. Skwar i żar dosłownie lały się z nieba.
Nadejścia lata i zimy oczekiwaliśmy z wielką niecierpliwością. Zima czasem zaczynała się
już w październiku, ledwo zdążyliśmy pozbierać kasztany i zebrać orzechy. Była dla
dzieciarni nie lada atrakcją. Jazda na sankach, nartach, łyżwach – albo po prostu na butach, w
dół z wyślizganej górki, lub po zamarzniętych kałużach. Pasje sportowe po jesiennej, smętnej
i deszczowej przerwie odżywały z nową siłą.
Jednego roku, w lutym, śnieg padał bez przerwy. Już po dwóch dniach nie mogliśmy
wyjść z domu, bo zasypał drzwi wejściowe i nie dało się ich otworzyć. Syn sąsiadów
wyskoczył z okna na parterze w śnieg po pas i je odkopał. Padało nieustannie. Po czterech
dniach chodziliśmy śnieżnymi tunelami. Byłem mały, więc poza ścianami tunelu i dróżki
przed sobą niczego więcej nie widziałem. Aha, jeszcze zachmurzone niebo nad głową, z
którego nieprzerwanie padały wirujące płatki śniegu.
Mróz jest wielkim artystą – w podziw wprawiały mnie fantastyczne rysunki ze szronu na
szybach, gwiazdki, esy-floresy, jakieś ozdóbki zawijane we wszystkie strony i regularne,
cudowne formy spadających płatków. Można było szaleć do upadłego, lepić bałwany z nosem
z marchewki i oczami z węgielków. Wieczorem padaliśmy ze zmęczenia, z trudem ściągając
z siebie, zazwyczaj kompletnie przemoczone, a przy tym zesztywniałe od mrozu: buty,
spodnie, kurtki, rękawice. Leżały później przy rozpalonym piecu i suszyły się. Do rana
musiały wyschnąć – innych rzeczy na zmianę nie było. Czasem podczas szaleństw na dworze
coś zaginęło: rękawiczka, czapka albo szalik. Zawsze była za to potężna bura.
Zimą i latem najwięcej czasu spędzaliśmy nad stawem, do którego od domu było nie
więcej niż sto metrów. Miał głębokość od kilku do kilkunastu metrów. Jego brzegi, ostro
pochylone, szybko zagłębiały się w lodowatą wodę. Nawet latem była chłodna, bo z dna biły
zimne źródła. Nagrzana na wierzchu, paraliżowała nogi i ręce po głębszym zanurkowaniu.
Staw był rozległym wyrobiskiem, z brzegami z tłustej gliny, po której ślizgały się nasze
stopy. Chwila nieuwagi i można było dosłownie „wjechać” po glinie do głębokiej wody.
W okresie gdy tam mieszkałem, utonęło w stawie kilkoro dzieci, które bez opieki
dorosłych stale bawiły się nad wodą. Było to wtedy naturalne, każdy z nas sam musiał
martwić się o siebie. Taka szkoła przetrwania dla maluchów. Błąkały się z kluczem na szyi po
okolicy, dopóki z pracy nie wróciła matka albo ojciec. Spoglądając dziś na mapę, widzę, że
staw ma nazwę: Koziorożca. Rozciąga się pomiędzy ulicami Rybnicką (tam mieszkaliśmy),
Globusową a biegnącą łukiem ulicą Koziorożca.
Zimą staw zwykle pokrywała gruba warstwa lodu. Miała czasem trzydzieści –
czterdzieści centymetrów i więcej! Mógłby więc po niej jeździć osobowy samochód. Lód
miał swoją wartość użytkową i handlową. Za pomocą pił wyrzynano ze stawu
prostopadłościenne bloki. Miały określone wymiary, około 80 cm długości, a przekrój
kwadratowy – taki jak grubość pokrywy lodu. Obok stawu wykopywano doły głębokie na
trzy metry, wypełnione trocinami. Bloki lodu, przysypane grubą warstwą trocin i ziemi,
przechowywano w nich do następnej zimy. Wiosną, latem i jesienią co kilka dni dokądś je
zabierano. Po roku 1960 metodę tę stopniowo ograniczano, aż przestano z niej w ogóle
korzystać.
Ten sposób pozyskiwania lodu do chłodzenia i zamrażania produktów miał wielusetletnią
tradycję. Oczywiście prądu i lodówek wtedy nie było. Były jednak tzw. lodownie, w których
przechowywało się produkty żywnościowe. Lodownia to pomieszczenie – rodzaj ziemianki,
do której w zimie przywożono bryły lodu wyrąbane z pobliskich jezior czy stawów. Jej
wnętrze znajdowało się kilka metrów pod ziemią, a sama lodownia przysypana była grubą
warstwą ziemi. Lód utrzymywał się w niej do następnej zimy, a temperatura wewnątrz wahała
się w okolicy zera.
Z zewnątrz typowa lodownia wyglądała jak dwu- albo trzymetrowej wysokości pagórek
o stromych stokach, zaopatrzony w solidne drewniane drzwi. Za tymi drzwiami zwykle
kilkanaście schodków prowadziło w dół, do poziomu podłogi wyłożonej kamieniami, łupkami
lub wysypanej trocinami. Gdy nie było przygotowanej piwniczki, bloki lodu układano w
jakimś zamkniętym pomieszczeniu. Na kolejne warstwy sypano wióry. Taki przekładaniec
wytrzymywał aż do późnej jesieni.
Miejsca na stawie, w których wyrąbano bloki lodu, nie były niczym oznaczane. Były to
przeręble – poletka wodne, czyli dziury w lodzie, które wieczorem, gdy temperatura spadała
znacznie poniżej zera, błyskawicznie pokrywała warstewka cienkiego lodu. Miały czasem po
kilkanaście metrów kwadratowych. Nocne opady śniegu sprawiały, że rano cały staw
pokrywała równa, gładka warstwa świeżego puchu, doskonale maskując zdradliwe przeręble.
Gdy radośnie wbiegaliśmy na staw, ślizgać się, albo zjeżdżaliśmy do niego ze stromych
brzegów na sankach i nartach, zapominaliśmy, że czyhają na nas takie pułapki. Wejście albo
wjazd na niewidoczny przerębel stanowiło śmiertelne niebezpieczeństwo. Ubrani w grube
kurtki i spodnie, wełniane swetry, ciężkie zimowe buty, na łyżwach czy z nartami, w
momencie znalezienia się w lodowatej wodzie narażeni byliśmy na szybkie utonięcie.

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o