Gdy przyjaciele mówią ci: znamy takie miejsce, gdzie nie dość, że jest pięknie, atmosfera fantastyczna, super żarcie, niezwykli ludzie, słowem bajka! – to nie zastanawiaj się, tylko tam jedź. To opowiadanie o magicznej leśniczówce jest najszczerszą prawdą. Od czasu pierwszego pobytu Jacek wraca tam często od wielu, wielu lat. Kocha to miejsce. Jest tam do dziś wszystko to, czego oczekujemy od przyrody.
Piękny szlak wodny z Piszu przez jezioro Roś do Śniardw, dzikie lasy, i na tej trasie dość duże jezioro Kocioł.
Ale – od początku. Leśniczówkę w Lisich Jamach Nadleśnictwo Pisz powierzyło panu Kazimierzowi. Domostwo pana leśniczego znajdowało się nad jeziorem Kocioł – ale od zawsze nazywano je Kociołkiem. Jezioro to, o owalnym kształcie i powierzchni blisko trzystu hektarów, położone jest dwanaście kilometrów na północ od Piszu. Od strony północnej znajduje się wieś Kociołek Szlachecki. Od południa wpływa do jeziora rzeczka Wilkus – część szlaku kajakowego Roś–Śniardwy. Od północy jeziora płynie ku Śniardwom rzeczka Białoławka. Brzegi jeziora są płaskie, tylko po stronie zachodniej wysokie i strome. Głębokość wynosi około trzydziestu metrów. Piaszczyste i miejscami muliste dno skrywa wiele tajemnic: pociski, niewybuchy i jak głosi legenda – samolot myśliwski. Jest to możliwe, bo sąsiedztwo jeziora stanowi poligon wojskowy w Orzyszu i miejsce, w którym w okresie drugiej wojny światowej znajdowało się niemieckie lotnisko wojskowe Luftwaffe.
Zabudowania gospodarcze nad Kociołkiem i leśniczówkę rozdziela droga Pisz–Giżycko. I dystans dwóch kilometrów.
Był rok 1962, gdy dwunastoletni Jacek przyjechał z rodzicami do Lisich Jam. Leśniczówka przypominała mały dworek z kolumnami i gankiem. Obok, po obu stronach podwórza, były: stajnia, obora i stodoła – murowane z kamienia i cegły. Takiego miejsca się nie zapomina. Zabudowania otaczały piękne, dzikie lasy Puszczy Piskiej, a teren wokół był malowniczo pofałdowany. Matecznik, pomyślał Jacek, wspominając fragment Pana Tadeusza. Pełne uroku leśne dróżki prowadziły w różnych kierunkach.
Leśniczy, pan Kazimierz, pochodził z Ełku. Jego rodzina – żona, córka i dwóch synów przebywali najczęściej w domostwie nad jeziorem, zaś on sam – w leśniczówce. Gdy siedzieli z Jackiem na ganku, leśniczy opowiadał:
– Chciałem, by któryś syn przejął po mnie gospodarstwo i leśnictwo, ale żaden nie chciał... Taaaakie sprawy... Do miasta ich ciągnęło. Córka najdłużej została, ale i ona uciekła.
Lasu pilnuję, bo złodziejaszków wielu się kręci, chętnych, aby wywieźć gotową, pociętą pryzmę drewna. A ja robotnikom leśnym płacę i rozliczać się muszę.
... Taaakie sprawy... Jak chcecie, złowimy sielawę i usmażymy na obiad. A wiesz chłopcze, sielawa to dobra ryba. Głęboko chodzi. A nasz Kociołek głębszy jest niż mówią. Jest miejsce, gdzie rzuciliśmy sieć na głębię, to na 50 metrów zeszła – dłuższej nie mieliśmy. Smaczna ta sielawa, stadami chodzi. Czasem niewiele złowimy, a nieraz sporo. Teraz jakby mniej jej było, choć woda czysta. Tam, po drugiej stronie, w Kociołku Szlacheckim pegeer jest i limity na rybę mają. I co, myślisz, że ich przestrzegają? A gdzie tam, łowią ile wlezie i to w czasie tarła. Łobuzerka i tyle...

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

Podobne Wpisy