Klucz zgrzytnął w zamku, po czym otworzyły się drzwi i stanął w nich Piotr
Siergiejewicz
– wszedł do sieni cały obsypany śniegiem, w kurtce sztywnej od syberyjskiego
mrozu,
futrzanej czapie, szerokich, czarnych spodniach, walonkach i od razu zawołał:
- Natalia!! Nataaaszaaa!!
- A ty gdzie? Wróciłem, miła, przyjdź do mnie, natychmiast!
- Czego się drzesz?? – odpowiedziała z kuchni.
- Już idę, idę, zaraz, zaraz, …. ziemniaki przebierałam, ręce mam brudne!
- Jak ja się za tobą stęskniłem, nawet sobie nie wyobrażasz. Godzinę brnę od
stacji po śniegu, w końcu jestem. No zobacz, co ci przywiozłem!
- No co ty, pomyślałeś o mnie? Kochany, nie było cię tylko tydzień!
- Każdego dnia mi ciebie brakowało, mój skarbie złoty! Dzień wcześniej przez
to jestem!
Pietia zsunął z siebie plecak, postawił go na deskach podłogi, rozwiązał sznurek
i wyjął
tekturowe pudełeczko.
- Masz, trzymaj, to dla ciebie – dając jej prezent uśmiechnął się szeroko:
- No i jak? – podoba ci się?
Natasza ostrożnie je otworzyła. W środku błysnęły kamienie nanizane na
sznureczku.
- Mój ty Boże! Co za cudo!
Cała rozpromieniona zawołała z zachwytem:
- A gdzieś ty taki skarb znalazł?
- Wszystko dla ciebie, moja droga, będziesz świecić, jak gwiazda nocą na
zimowym
niebie!
Chwycił ją w pół, uniósł do góry i zaniósł do sąsiedniej izby. Tam umieścił ją na
łożu.
A sam szybko zrzucał z siebie całe ubranie. Natasza powoli rozpinała serdak,
który po chwili
rozchylił się i odsłonił jej białe, nabrzmiałe piersi. Włosy rozsypane szeroko
utworzyły jasną
aureolę wokół niebieskich oczu, dumnie uniesionych brwi i uchylonych warg,
czekających na
pocałunek. Sam goły, jak go Pan Bóg stworzył, w oka mgnieniu ściągnął z niej
spódnicę i
resztę tego, co miała na sobie.
Obcałowywał ją całą, ale tak strasznie jej pragnął, że nie trwało to długo. Po
chwili,
zespoleni, kołysali się w oparach namiętności, zapominając o całym świecie.
- Droga, miła, żyć nie mogę bez ciebie – szeptał, wdychając ze wszystkich sił
zapach
jej ciała, napawając się bezgranicznym oddaniem i miłością.
Wyzwolił wreszcie z siebie moce, które od wielu dni nie dawały mu spokoju.
Drżąc przez chwilę, zległ w końcu obok Nataszy, której piersi wciąż falowały
rytmicznie,
wraz z przyspieszonym oddechem.
- Nalać ci wódki? – zapytała, unosząc się lekko na łokciach.
- Nie, odpowiedział – właśnie zastanawiał się, skąd nagle powiało w izbie
zimnym
powietrzem. Zimą nigdy nie uchylamy okien, pomyślał – wietrzymy szeroko
i zaraz zamykamy.
Dlaczego wraz z tym powiewem czuję zapach jej perfum, przecież nie miała
kiedy ich
użyć, nie stoją w kuchni. Na co dzień ich nie używa, zastanowił się. Pod
serdakiem nie miała
niczego, a zwykle jest jej zimno i chodzi okutana. I majtki jakieś cienkie, dlatego
spódnica
tak lekko z niej zjechała. Czy mi się zdawało, że miała zaczerwienione ucho? Co
u licha?
Zimą wredne komary nie latają, więc skąd?
Dalej po izbie leciał chłód, więc wstał i poszedł zobaczyć, skąd wieje. Okno
było uchylone
– światło księżyca rozjaśniało srebrzyste pole. Spojrzał przez nie i zawołał:
- Natasza!! Ktoś u nas był !??
- Nie, ależ skąd, wiesz, że mieszkamy na uboczu. Diabeł tu nawet nie zagląda.
- Tak??? – powiedział, to podejdź do okna!
Zadrżała, ale zbliżyła się do niego, jak kazał.
- Widzisz to, co ja widzę?! Te ślady?! Prowadzą przez pole prosto do lasu!

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

Podobne Wpisy