Przeskok w inny świat w ciągu dwunastu godzin. Rano start z Warszawy spowitej lutową, zimową szatą. Międzylądowanie w Hurghadzie w samo południe. Tankowanie trwa blisko godzinę. Na dwadzieścia minut opuszczamy samolot i siedzimy stłoczeni w małej salce na lotnisku. Czas rewolucji w Egipcie – odsunięcie od władzy Husni Mubaraka nie przebiega pokojowo. Z ulgą powracamy do samolotu, który następnie leci do Mombasy – celu naszej lotniczej trasy. Bagatelka – pięć godzin lotu wzdłuż południka.
Lądujemy w mieście pogrążonym w ciemnościach. Jest godzina dwudziesta. Z góry niewiele widać, jakieś pojedyncze światła. Lekkie uderzenie kół o beton, wsteczny ciąg silników wyrywa ciało z fotela, trwa to kilkanaście sekund, samolot zaczyna toczyć się coraz wolniej. Słychać szczęk odpinanych pasów – już jesteśmy na półkuli południowej. Szary budynek hali przylotów i bardzo słabe oświetlenie, za to uderzenie fali ciepła. Zdejmuję z taśmy bagaż, wypisuję deklarację wjazdową. Ustawiam się do odprawy paszportowej – mam trzy okienka do wyboru. Szykuję pięćdziesiąt dolarów na wizę, a po chwili okazuje się, że przewodniki wprowadzają w błąd, płacę dwadzieścia pięć baksów.
Wita nas szeroki i grzeczny uśmiech Murzynki zwracającej się po angielsku. Po chwili, pchając wózek, znajdujemy gościa z tabliczką naszego biura podróży. Odnajduje nasze nazwiska i komunikuje: autobus nr 7. Przy autobusie kierowca zabiera nasze bagaże i wstawia je do luku, gdzie już piętrzą się obce walizki. Spoglądam na twarze współpodróżników – w końcu będę z nimi dzielił dole i niedole pobytu w tym samym hotelu. Szybka lustracja wizualna nie nastraja zbyt optymistycznie. Poziom toczących się rozmów pogłębia i tak nie najlepsze wrażenie. Później widujemy się tylko podczas posiłków, bo każdy zupełnie indywidualnie wypełnia atrakcjami swój pobyt.
Czekamy w autobusie, silnik pracuje, nie wiemy, dlaczego nie ruszamy. Po czterdziestu pięciu minutach zaczyna się jazda. Przed nami droga do Kilifi – miejscowości położonej ok. sześćdziesiąt kilometrów na północ od Mombasy. Z okien autobusu widać jakieś upiorne budy sklecone nie wiadomo z czego, oblężone przez tłum osób siedzących i stojących. Napisy w rodzaju: Miami Bar albo Exclusive pogłębiają dysonans świata marzeń i ponurej rzeczywistości. Szumi klimatyzacja, działa na całe szczęście, bo na zewnątrz jest ponad trzydzieści stopni i panuje duchota. A wylatywaliśmy z Warszawy przy lekkim mrozie. Jazda trwa długo, bo przeciskamy się przez zatłoczone ulice. Co chwila autobus zwalnia przed
wykonanymi w jezdni ogromnymi progami spowalniającymi, zmuszającymi kierowcę do
ograniczenia prędkości niemal do zera.
Gdy dojeżdżamy do hotelu, jest już w pół do jedenastej i panuje głęboka ciemność.
Zmęczenie podróżą nie zabija w nas odruchu samoobrony przed zaproponowanym nam
zasiedleniem w beznadziejnym domku, znajdującym się pośrodku kompleksu hotelowego. Po
jego obejrzeniu udajemy się do recepcji, której pracownik w rezultacie naszej presji, ujawnia
wreszcie możliwość zakwaterowania w pięknym bungalowie w pierwszej linii zabudowy –
tuż przy plaży. Bungalow ma sześćdziesiąt metrów kwadratowych, dwa pokoje, dwa hole,
dwie umywalki i dużą łazienkę, sejf oraz niezbędną w Afryce moskitierę nad wielkim
tapczanem. Jest więc przestronny, czysty i całkiem fajnie wyposażony.
Ta decyzja kosztuje nas wprawdzie trzysta pięćdziesiąt baksów, ale przesądza o jakości
dwutygodniowego odpoczynku. Od tego dnia oceaniczna bryza wspaniale łagodzi skutki
wysokiej temperatury, która towarzyszy nam podczas całego pobytu. Wylegujemy się na
miękkim łożu z wielkimi poduchami ustawionym przed bungalowem, przenosząc od czasu do
czasu wzrok ze stron trylogii Millenium Stiega Larssona ku oceanowi, gdzie czasem szaleją
wzburzone fale. Wodę zwieńcza biała linia na horyzoncie. Tam fale uderzają w rafę
koralową, ciągnącą się kilkaset metrów od piaszczystego brzegu. Na zdjęciach Earth Google
widać prosty pas spienionej wody na rafie. Ta rafa to przyczyna stale utrzymującej się
wysokiej temperatury wody przy plaży, która dochodzi do trzydziestu czterech stopni. Woda
oceanu odgrodzona rafą stanowi akwen silnie nagrzany słońcem. Pierwszy raz dłuższy pobyt
w wodzie nie stanowi dla mnie problemu termicznego – a także fizycznego – silne zasolenie
zapewnia całkowitą wyporność – można leżeć bez jakiegokolwiek ruchu.
Obsługa hotelu, okoliczni mieszkańcy, sprzedawcy ze sklepików, kierowcy
najróżniejszych pojazdów, słowem wszyscy, to Murzyni o ciemnobrązowym lub bardzo
ciemnym, wręcz czarnym kolorze skóry. W ich rysach można dostrzec domieszkę krwi
arabskiej – szczególnie w większych miastach – Mombasie, w okolicach starego fortu i portu
znajdującego się nieopodal. Z reguły pogodni i uśmiechnięci chętnie rozmawiają z obcymi po
angielsku. Między sobą mówią w suahili. Przez cały pobyt nie dochodzi do żadnego
nieporozumienia z miejscowymi. Spokój. Gdy chcą coś sprzedać, robią to, nie przekraczając
granicy bezczelnego natręctwa, które jest powszechne np. w Egipcie. Chętnie mówią o swoim
życiu, wielodzietnej rodzinie. Budzą sympatię, są życzliwi i skorzy do pomocy. Okazują
wdzięczność za każdego otrzymanego dolara – robią to z godnością. Praca jest najważniejsza,
bo ponad jedna trzecia zdolnych do pracy jest bezrobotna. Dzieci są zadbane, wiele z nich
pomaga rodzicom.

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o