Romek należał do organizacji harcerskiej w szkole, w której już przed drugą
wojną
światową istniały tradycje skautingu. Wyjazd na obóz był jego pierwszym
samodzielnym
pobytem poza domem. Mimo, że był dobrze zżyty ze swoim zastępem, ta
eskapada wiązała
się dla niego z dużym przeżyciem. Od dwóch lat służył w zastępie złożonym z
sześciu
chłopców.
Od Tadka – zastępowego, Jacka i Romka zależała cała atmosfera i relacje w
grupie.
To oni wpadali na różne, mniej lub bardziej szalone pomysły. Na obóz,
naładowani energią
i pełni nadziei na fantastyczne przygody wyjechali pod koniec czerwca, zaraz po
szkole.
Panowały niesamowite upały. Żar doskwierał w dzień, a w nocy trudno było
zasnąć.
W Mierzwicach czekały na nich rozbite wcześniej dziesięcioosobowe namioty.
Stały
w lesie, nad skarpą, nad samym Bugiem. Była to dzika, zupełnie nieuregulowana
rzeka.
Łachy piasku przemieszczały się często, a silne wiry zmieniały kształt i
głębokość dna.
Kilkumetrowe dziury pojawiały się znienacka w miejscach, w których wcześniej
woda sięgała
co najwyżej – do ramion.
- Wstawaj, była pobudka! – Romek poczuł, że ktoś mocno nim potrząsnął. Gdy
otworzył
oczy zdążył zobaczyć Jacka, który – już ubrany w mundur – rozpościerał koc na
pościeli
swojego łóżka.
- Dzięki! – zawołał Romek i szybko stanął na równe nogi. Miał zaledwie parę
chwil,
by stawić się w szeregu.
Dzień na obozie rozpoczynał się pobudką, myciem i apelem, po którym było
śniadanie.
Właśnie tej nocy temperatura znacznie spadła, więc ranna pobudka była jak
dodatkowy kubeł
zimnej wody na wychłodzone pod cienkim kocem ciało. Lekki wiaterek
przebiegał
przez namiot – płachta w wejściu była już podniesiona. Pod starymi,
ciemnozielonymi,
bardzo zniszczonymi, wojskowymi namiotami stały prycze zrobione z cienkich
balików
sosnowych.
Całym zastępem pobiegli do Bugu, bo mycie odbywało się w rzece, w wartkim,
zimnym
nurcie. Romek stał z trudem. W wodzie jego stopy zsuwały się po piachu
zmieszanym z gliną.
Brzeg był mocno nachylony w głąb nurtu. Drugiego dnia obozu jedyne mydło,
które miał,
wyśliznęło mu się w trakcie mycia i wpadło do wody. Gdy z trudem je odnalazł
– było
całkiem zapiaszczone. Kto by mył się tak „drapiącym” mydłem? Od tego dnia
używał
do mycia samej wody.
Czwartego dnia Romek był tak zmęczony, że poszedł spać nie umywszy nóg.
Aż tu w środku nocy:
- Pobudka! – Wstawać! – Kontrola czystości!
Był tak zaspany, że długo nie mógł się wybudzić, nie dawał ściągnąć z siebie
kołdry
i w końcu, półśpiący zawołał:
- „Konstytucja nie pozwala, każdy obywatel ma prawo do snu!”.
Kiedy Komendant zobaczył jego czarne od brudu stopy, gruchnął śmiechem, a
następnego dnia Romek stanął do raportu przed całym obozem – przed
chłopcami i
dziewczynami. Wymierzono mu jakąś standardową karę. Ale nie to było
najgorsze. Od tego
dnia wszyscy zwracali się do niego:
- „ Ej, ty, Konstytucja nie pozwala – stawaj do szeregu!” albo:
- „ Ej, ty, Konstytucja, znowu ziewasz? – marsz do mycia garów”.
Łatwo Romkowi nie było, bo wokół siebie należało wszystko zrobić samemu.
„Dyscyplina” i „Rozkaz” stały się słowami, które na długo szczerze
znienawidził.
- Romek! Pokaż swoje łóżko! – rozkaz Komendanta nie raz zagrzmiał mu nad
głową,
niezmiennie wywołując paniczny strach. W swoim domu, rano, pędząc
spóźniony do szkoły
zwykle porządku nie robił. A tu jeszcze sprawdzali, jak pościelił łóżko, czy ma
pod nim
porządek i jak sam wygląda. A guzików w mundurze – bez liku. Co za reżim, dla
jedynaka
– dramat. Na obozie czas płynął wartko. Były konkursy, śpiewanie piosenek,
zagadki.

Pobierz całe opowiadanie:

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o