Część pierwsza

Gabrysia szła ścieżką udeptaną wśród ruin. Zwały gruzów przypominały
o domach, które przed wojną stały wzdłuż ulicy. Okupant podpalił je i wysadził.
Tu i ówdzie ostały się partery i to właśnie ich użytkowanie było pierwszymi
oznakami ludzkiego hartu i woli przetrwania. Sklepik wśród zgliszcz, dokąd
zmierzała na zakupy był tego dobrym przykładem. Nocą docierały do miasta
chłopskie wozy z ziemniakami, chlebem, masłem, mlekiem, śmietaną, serem,
jajkami, kurami, świńskim mięsem. Bez zaopatrzenia ze wsi nie przeżylibyśmy
tej apokalipsy – pomyślała. Fragmenty samotnych ścian sterczały ku niebu
odsłaniając dawne szczegóły z życia mieszkańców posesji. Wysoko, w pokoju,
którego już nie było, wisiał przekrzywiony portret młodej pary. Oczy ich
uśmiechniętych twarzy patrzyły z góry na miasto, z którego zostały stosy cegieł,
desek, resztek połamanych stołów, łóżek - przygniecionych betonem, z którego
sterczały pręty zbrojenia. Wszystko przykryte chaotycznie rozproszonymi
kawałkami papy pochodzącymi z nieistniejących dachów.
- Gdzie oni są? - pomyślała o ludziach z dużej fotografii. Może przeżyli
wojnę, ale zgasły ich nadzieje na normalne, szczęśliwe życie, do jakiego
przyzwyczaiły ich lata dzieciństwa.
Wyżej, na ocalałej pozostałości podłogi, stała biała wanna z pordzewiałą
baterią. Tak niedawno żyli tu ludzie, ludzie ze świata, którego nie ma –
skonstatowała.
Wolno szła przed siebie, uważnie stąpając po ruinach. Uważała, by nie
poranić nóg o ostre okruchy cegieł i wystające przedmioty. Strach pomyśleć, co
mogło znajdować się pod wydeptaną ścieżką. Otwierając drzwi sklepiku
spojrzała za siebie. Człowiek, którego wcześniej zauważyła, wychodząc z bramy
swojego domu, szedł za nią. Po wyjściu ze sklepu, z dwiema sznurkowymi
siatkami pełnymi zakupów wracała tą samą drogą. Ostro świeciło słońce, a niebo
było bezchmurne. Na tle radosnego, nieskazitelnego błękitu zgliszcza
zawalonych domów stanowiły upiorny kontrast.
Mężczyzna, dość przystojny, średniego wzrostu, w wieku przed
czterdziestką, wciąż podążał za nią. Nikogo innego nie było w pobliżu.
Przyspieszyła kroku i lekko zdyszana, wróciła do mieszkania klatką od strony
kuchni, taszcząc zakupy na trzecie piętro domu, który jakimś cudem, niemal nie
uszkodzony przetrwał wojnę. Do lokalu mogła też wejść drugimi drzwiami,
przez sąsiednią klatkę.
Pochodziła ze wsi, do Warszawy przyjechała za namową kuzynki, która
znalazła pracę u państwa z Krakowskiego Przedmieścia. Teraz i do Gabrysi
uśmiechnął się los. Dach nad głową znalazła w rodzinie z dwojgiem dzieci, w
sercu niemal doszczętnie zniszczonego miasta. Jej łóżko stało w kuchni, przy
węglowym piecu. Dni miała całkowicie wypełnione sprzątaniem, gotowaniem,
praniem i prasowaniem, zakupami, opieką nad dziewczynką i jej młodszym
braciszkiem.
O mężczyźnie, który wczoraj szedł za nią tam i z powrotem nic swojej pani
nie wspomniała. Następnego dnia wyszła na zakupy jak zwykle około
dziesiątej. Nieznajomy mężczyzna stał pod bramą. Był w długim, sięgającym za
kolana, brązowym płaszczu. Na głowie miał tę samą, charakterystyczną, czarną
czapkę z daszkiem. Ruszył za nią, gdy skierowała się ścieżką wiodącą do sklepu.
Przeraziła się nie na żarty. Nie znała powodów zainteresowania zupełnie obcego
człowieka jej osobą. Nie potrafiła sobie wytłumaczyć intencji, które nim
kierowały. Ogarnął ją strach, bo miała przeczucie, że intruz nie przestanie jej
śledzić. Dróżka wiodła przez ustronne miejsca, w których rzadko można było
kogoś spotkać. Gdy zajdzie potrzeba nie będzie mogła zwrócić się o ratunek -
pomyślała. Tego dnia znów podążał za Gabrysią, zachowując ten sam dystans.
Wszedł za nią do sklepu, ale najwidoczniej nie zamierzał niczego kupić. Nie
interesowały go półki - patrzył wyłącznie na nią. A gdy wyszła, szedł w tym
samym oddaleniu co poprzednio.
Nie chciała niepokoić swojej pani i po powrocie po raz kolejny
przemilczała zdarzenie. Następne dni niczego nie zmieniły. Gdy o zwykłej porze
wychodziła z domu obcy mężczyzna zawsze czekał, by powędrować jej śladem.
Dokąd by nie zmierzała, on zawsze podążał za nią. Czuła jego napięty wzrok
wpatrujący się nieustannie w każdy jej ruch i gest. W piątek pilnie wysłano ją do
sklepu, gdy zapadał już zmierzch. Pani w sobotę spodziewała się gości i należało
pilnie kupić produkty, których brakowało. Nie spodziewała się, że o tak późnej
porze spotka nieznajomego. A jednak był i jak zwykle ruszył za nią!
W połowie drogi wśród ruin nagle zebrała się na odwagę. Odwróciła się
gwałtownie i poszła mu naprzeciw. Zatrzymał się. A gdy była już dość blisko
zszedł ze ścieżki. Wspiął się na gruzowisko, klucząc pomiędzy sterczącymi
przeszkodami. Rozejrzała się wokół. Na dróżce nie dostrzegła innych osób.
Mimo obaw postanowiła sprawdzić dokąd poszedł. Idąc jego śladem weszła na
wzgórek, na którym widziała go przed chwilą. Z tego miejsca był otwarty widok
na sporą przestrzeń. Tajemniczego nieznajomego nie było. To niemożliwe, żeby
zniknął tak nagle – pomyślała. Jeszcze przez chwilę czekała, licząc na to, że
skądś się wyłoni, ale na próżno.
Po wizycie w sklepie i powrocie do domu nie umiała uwolnić się od myśli
o tym człowieku. Przyśnił jej się w nocy z piątku na sobotę i w następną. Co
dziwne, nie jawił się jako ktoś niebezpieczny, kogo powinna się bać. Sny były
natrętne i sugestywne. Widziała w nich jego twarz i sylwetkę, odniosła wrażenie,
że mówi do niej coś, czego nie była w stanie zrozumieć.

Pobierz całe opowiadanie:

Zostaw komentarz