Kategoria

Dramaty i katastrofy

I believe in music. I believe in love

Część pierwsza

Nicolas pił wino i patrzył w stronę parku. Kawiarniany stolik i miejski ogród oddzielała wąska jezdnia. Zaintrygowała go dziewczyna siedząca na ławce. Nie poruszała się od wielu minut. Odniósł wrażenie, że uśpiona patrzy w dal. Było w tym coś niepokojącego. Jej splecione dłonie spoczywały na udach. Miała na sobie letnią, bladoniebieską sukienkę z wąskimi ramiączkami i dużym dekoltem. Widział bladą skórę jej rąk i ramion. Dziwne, pomyślał, już lato w pełni, a jej ciało nie zaznało promieni słońca. Zadał sobie pytanie: co robiła przez ostatnie miesiące, skoro uniknęła opalenizny? Czyżby w ogóle nie chodziła po ulicach? W myślach powtarzał swoją partię na wiolonczeli w Bolero Ravela. Dzisiejsza próba z
orkiestrą była najważniejsza. Kwintet smyczkowy spisywał się bez zarzutu. Zresztą nikt z 26-osobowego składu nie zawodził zaufania dyrygenta. Lubił Bolero, proste wariacje jednego 18-taktowego tematu i narastającą dynamikę stylizowanego tańca hiszpańskiego, kiedy do orkiestry stopniowo dołączają kolejne instrumenty.

Na lotnisko w Zurychu przyjechała najtańszą taksówką Airport Taxi, na trzy godziny przed wylotem. Na co dzień unikała podróżowania taksówkami, które w żadnym innym mieście na świecie nie są tak drogie jak w Zurychu. Za kurs z centrum zapłaciła pięćdziesiąt franków. Nie było czego żałować, miasto po południu mogło zakorkować się w jednej chwili. Klaus chciał odprawić ją przez internet, ale nie zgodziła się. Tak dawno już nie latała, dręczył ją stres. A jeśli coś będzie nie tak? Zdecydowała się na odprawę na terminalu. Na stanowisku check-in, będzie mogła zamienić z pracownikami dwa słowa. Może będzie miała jakieś pytania? Na wielkiej tablicy elektronicznej znalazła swój lot, nazwę i numer rejsu – planowany start o 12.45. Odprawę do Marsylii uruchomiono na dwie godziny przed odlotem. Było wcześnie, kolejka była mała. Poczuła się spokojniejsza, gdy transporter zabrał dużą walizkę i z boarding pass podążyła dalej, ciągnąc za sobą oznakowaną podręczną walizeczkę.

Część pierwsza

Widok palm przed najwyższym drapaczem Sacramento podziałał na Mitcha odprężająco. Ostatni urlop z Cindy na Karaibach był udany. Nie samą pracą człowiek żyje, szkoda, że akurat w sobotę muszę oddać artykuł – pomyślał. Skończył palić papierosa na zewnątrz budynku i wszedł do ogromnego lobby, przeszklonego na wysokość kilku pięter. Jak zwykle, pod koniec dnia ten sam facet polerował marmurową posadzkę na parterze, omijając ogrodzoną sznurami kopię dyliżansu Wells, Fargo & Company – U.S. Mail. Zegar w holu pokazywał szesnastą dwadzieścia. Mężczyzna i kobieta siedzący w recepcji toczyli ze sobą chyba niezbyt interesującą rozmowę, ziewali co chwila. Mitch przyspieszył kroku, by wsiąść do windy, której wypolerowane nierdzewne drzwi już się zamykały.