Część pierwsza

Już było po wszystkim. Ustał stukot kół powozów na wybrukowanym
podjeździe pałacu. Przed jego frontem ucichło rżenie koni i gwar rozmów.
Zamknięto potężną bramę wjazdową a zgrzyt zatrzaskiwanych zamków był
ostatnim donośnym dźwiękiem, który rozległ się wśród zapadających
ciemności. Gaszono po kolei światła, najpierw w alejach parku, następnie te
bliżej pałacu, na wjeździe i przy wejściu. W końcu nastała zupełna cisza.
Kilkanaście breków i coupe stało w powozowni, albowiem część uczestników
ceremonii i stypy udała się na nocleg do zawczasu przygotowanych sypialni.
Hol i schody wiodące do pokojów na piętrze oświetlało chybocące światło
niewielu świec, które pozostawiono na czas wietrzenia. Przez uchylone okna
wydostawało się przegrzane powietrze, pomieszane z dymem cygar, świec,
ciężkim aromatem kwiatów, perfum i zapachem naftaliny, który jeszcze przed
chwilą rozsiewały futrzane płaszcze gości opuszczających westybul.
Siedział przy biurku w gabinecie. Nadszedł wreszcie ten dawno
planowany moment, gdy mógł - przez nikogo nie niepokojony, zgodnie z
ostatnią wolą ojca, wysunąć tajną szufladkę sekretarzyka i otworzyć ukrytą w
nim skrytkę. Dowiedział się o niej podczas ostatniej rozmowy z nim, gdy
wszystkim nakazał wyjść z sypialni i pozostali bez świadków. Wkrótce potem
utracił z ojcem kontakt. Senior rodu leżał bez świadomości przez wiele dni.
Po podniesieniu ozdobnego okucia znajdującego się na froncie, jedynego,
które nieoczekiwanie nie było przytwierdzone na stałe, mechanizm blokujący
sekretną, niewielką szufladkę uległ zwolnieniu. Jego oczom ukazała się
zalakowana koperta z odciśniętą pieczęcią ojca. Widniał na niej
wykaligrafowany jego ręką tekst: Sir Edward Cunningham, mój syn, do rąk
własnych i na odwrocie podpis – Philip Cunningham.
Edward wyjął kopertę. Zobaczył pod nią czerwone sukno, przysłaniające cztery
przegródki. W trzech leżały rodzinne pierścienie. Rubiny i szmaragdy otaczały
arystokratyczny rodzinny herb. Słyszał o ich istnieniu, ale wiedza o miejscu ich
ukrycia otoczona była tajemnicą. To, co zobaczył w czwartej przegródce,
wprawiło go w zdumienie. Brylant ogromnej wielkości błysnął pięknymi
szlifami w migoczącym świetle świec. Takich rozmiarów brylantu jeszcze nie
widział, ani w bogatych kolekcjach, ani w najznamienitszych firmach
jubilerskich. Usiadł w krześle z wysokim oparciem, stojącym obok sekretarzyka.
Złamał pieczęć i otworzył kopertę. W środku był list napisany na jednej kartce.
Edward rozprostował dwa zagięcia listu i położył go przed sobą.
Drogi Synu Edwardzie !
Gdy czytasz ten list nie ma mnie w świecie żyjących. Mam cichą nadzieję, że
będzie mi dane, choćby z daleka, móc przyglądać się Wam wszystkim i cieszyć
się Waszymi radościami. I wspierać Was, gdy zajdzie taka potrzeba.
Pragnę Ci podziękować za miłość i troskę jakie mi okazałeś w ostatnich
miesiącach. Kolejny raz przekonałem się, że jesteś moim godnym następcą i
cenimy sobie te same nadrzędne wartości: Boga, honor i ojczyznę. Wierzę, że
pozostaniesz im wierny. Teraz przed Tobą zaszczytne zadanie kontynuowania
naszych tradycji. Dbaj, proszę, o wszystkich bliskich i zarządzaj naszym
majątkiem tak, by nikt nie cierpiał, nie czuł się pokrzywdzony. Mam tu na myśli
nie tylko naszą rodzinę. Także oddaną nam służbę. Poświęcają nam swoje życie,
są wierni i pracowici. Bądź tym samym dobrym chłopcem, z którym spędzałem
chwile na zabawie i tym samym mężczyzną, którego zalety poznałem nie tylko
podczas polowania, ale i życiu codziennym. Życzę Ci, byś znalazł siły, które nie
tylko pozwolą na utrzymanie obecnego status quo, ale dadzą naszemu
wspaniałemu rodowi impuls do rozwoju. Wiem, że założysz szczęśliwą rodzinę.
W szufladce, którą znalazłeś, są herbowe pierścienie, mające blisko
trzysta lat. Chroń je jak źrenicy oka. Są symbolem niezłomności naszego rodu i
powinny być wsparciem duchowym dla jego następnych pokoleń.
W jednej z przegródek jest brylant. Nie należy do naszej rodziny. Historia
jego w naszym domu nie jest długa. Sięga początku wieku, gdy toczyliśmy wojnę
z Napoleonem. W 1804 roku, mój serdeczny Przyjaciel, wysoki rangą oficer
królewskiej marynarki, przekazał mi go z prośbą o przechowanie. Okręt, na
którym służył, wypłynął wraz z admirałem Horatio Nelsonem, by w bitwie
morskiej przechylić ostatecznie szalę wojny na naszą korzyść. Wielkie
zwycięstwo w 1805 roku uradowało króla Jerzego III i cały naród.
Mój Przyjaciel nie zaznał tej radości. Zginął od strzału francuskiego marynarza
pod Trafalgarem.
Prosił, by na wypadek śmierci przekazać brylant jego potomkom. I ja
złożyłem Mu przyrzeczenie. Mamy już 1820 rok, a ja, niestety, przez piętnaście
lat nie spełniłem Jego prośby. Byłem zbyt zaabsorbowany naszymi sprawami, a
ostatnio brakowało mi już sił. Na Ciebie ceduję ten obowiązek i wiem, że w
moim imieniu, spełnisz obietnicę, którą złożyłem Przyjacielowi.
Jego imię brzmi : Thomas Cambridge, z Londynu, oficer marynarki w stopniu
kapitana. Zginął pod Trafalgarem dnia 21 października 1805 roku. Dane
znajdziesz w aktach Royal Navy.
Zostańcie wszyscy z Bogiem.
Twój zawsze kochający ojciec
Philip Cunningham
Ashbourne, 11 marca 1820
Po dłuższej chwili Edward ostrożnie zamknął szufladkę, a list ojca umieścił w
biurku. Poczuł się zmęczony. Uroczystość i mowy pożegnalne trwały długo.
Część rodziny i przyjaciół pozostała na nocleg. Musiał wydać dyspozycje na
jutro.

Pobierz całe opowiadanie:

Zostaw komentarz