Autor

Wojtek Wilczyński

Romek należał do organizacji harcerskiej w szkole, w której już przed drugą
wojną
światową istniały tradycje skautingu. Wyjazd na obóz był jego pierwszym
samodzielnym
pobytem poza domem. Mimo, że był dobrze zżyty ze swoim zastępem, ta
eskapada wiązała
się dla niego z dużym przeżyciem. Od dwóch lat służył w zastępie złożonym z
sześciu
chłopców.
Od Tadka – zastępowego, Jacka i Romka zależała cała atmosfera i relacje w
grupie.

W roku 2004 Bartek, wówczas szesnastolatek, często spotykał się z kolegami w kawiarni Mercers przy ulicy Chmielnej. Wraz z grupką przyjaciół stali się stałymi jej bywalcami, dobrze znanymi obsłudze. Wpadali do kawiarni co najmniej trzy razy w tygodniu.
Nie przeszkadzało im, że przesiadywali tam ludzie w różnym wieku, o różnych poglądach i czasem nieco podejrzanym wyglądzie. Siadali w swoim gronie i zwykle przy ulubionym stoliku. Zaobserwowali, że oprócz nich w kawiarni przesiaduje starszy pan, o którym mówili „Dziadek”. Od czasu do czasu podchodził on do gości i trzymając w ręku pudło z szachami, proponował partyjkę. Stawka, którą oferował, wahała się od dziesięciu do piętnastu złotych, w zależności od statusu gościa – wieku i wyglądu.

Gonitwa
Sen – alarm – przebudzenie – mocz – czajnik – kawa – mleko – czas
Gonitwa
Ożywienie – ciało – włosy – sieczka – nogi – łazienka – prysznic
Gonitwa
Łóżko – bielizna – kanapki – zęby – golenie – tabletki – gaz
Gonitwa
Spodnie – koszula – buty – marynarka – teczka – telefon – kluczyki
Gonitwa
Okna – światło – śmieci – klucze – drzwi
Gonitwa
Samochód – gaz – światła – rowery – wiraże – piesi – pasy – znaki

Przeskok w inny świat w ciągu dwunastu godzin. Rano start z Warszawy spowitej lutową, zimową szatą. Międzylądowanie w Hurghadzie w samo południe. Tankowanie trwa blisko godzinę. Na dwadzieścia minut opuszczamy samolot i siedzimy stłoczeni w małej salce na lotnisku. Czas rewolucji w Egipcie – odsunięcie od władzy Husni Mubaraka nie przebiega pokojowo. Z ulgą powracamy do samolotu, który następnie leci do Mombasy – celu naszej lotniczej trasy. Bagatelka – pięć godzin lotu wzdłuż południka.
Lądujemy w mieście pogrążonym w ciemnościach. Jest godzina dwudziesta. Z góry niewiele widać, jakieś pojedyncze światła. Lekkie uderzenie kół o beton, wsteczny ciąg silników wyrywa ciało z fotela, trwa to kilkanaście sekund, samolot zaczyna toczyć się coraz wolniej. Słychać szczęk odpinanych pasów – już jesteśmy na półkuli południowej.

Klucz zgrzytnął w zamku, po czym otworzyły się drzwi i stanął w nich Piotr
Siergiejewicz
– wszedł do sieni cały obsypany śniegiem, w kurtce sztywnej od syberyjskiego
mrozu,
futrzanej czapie, szerokich, czarnych spodniach, walonkach i od razu zawołał:
- Natalia!! Nataaaszaaa!!
- A ty gdzie? Wróciłem, miła, przyjdź do mnie, natychmiast!
- Czego się drzesz?? – odpowiedziała z kuchni.
- Już idę, idę, zaraz, zaraz, …. ziemniaki przebierałam, ręce mam brudne!
- Jak ja się za tobą stęskniłem, nawet sobie nie wyobrażasz. Godzinę brnę od
stacji po śniegu, w końcu jestem. No zobacz, co ci przywiozłem!