Autor

Wojtek Wilczyński

Krynica Górska cieszyła się zawsze wielkim powodzeniem. Ściągali tutaj wielbiciele narciarstwa i gór, Jana Kiepury, zdrojowych wód mineralnych. Ten przedwojenny kurort był i jest idealnym miejscem do nawiązywania nowych znajomości, także w sferze biznesu i... nie tylko.
Znalazł tu swoje miejsce na ziemi pan Gracjan. Był w swoim żywiole. W Krynicy stale coś się działo – koncerty, recitale, festiwale, liczne rocznice wydarzeń kulturalnych. Stwarzały one panu Gracjanowi nieustanne okazje do redagowania i oferowania wyjątkowego towaru – kart z okolicznościowym, przez siebie wymyślonym stemplem. Starzy bywalcy Krynicy rozpoznawali na deptaku przed Domem Zdrojowym postać pana Gracjana i nabywali te kartki, by udokumentować swoje uczestnictwo w tak ważnych wydarzeniach. Była to postać oryginalna i kontrowersyjna, wyróżniał się ekstrawaganckim wyglądem i niespotykaną retoryką.
W pamięci kryniczan zapisał się szczególnie z powodu jednego zdarzenia i nie miało ono nic wspólnego z zamiłowaniem do filatelistyki – tudzież filatelistów.

– Stoi, jęczy i pluje – powiedziała swojej córce seniorka rodu, pani Łucja, komentując przez telefon perfidne zachowanie swojej wysłużonej pralki.
– Mamo, kup nową, zaraz ci coś znajdę! – odpowiedziała mieszkająca w Nowym Jorku córka i rozpoczęła penetrację polskich sprzedawców internetowych. Poszukiwania nie trwały długo – cena pralki wybranej w internecie była niższa od takiej samej z marketu o dwieście złotych!
Aby zostać jej szczęśliwą posiadaczką, należało przeprowadzić zakup z użyciem amerykańskiej karty kredytowej, w którą córka wcześniej wyposażyła swą mamę.
Pani Łucja, w celu uniknięcia niepotrzebnego stresu, zwróciła się o pomoc do sąsiadów, którzy od razu przystąpili do dzieła.
Po kilku minutach zamówienie zostało złożone, numer karty wraz z kodem PIN podany i pozostało jedynie czekać na informację o dacie dostawy pralki.
Pani domu, by uczcić udany zakup, zaprosiła sąsiadów na podwieczorek. Gdy wzniesiono do góry kieliszki, słowa toastu przerwał dźwięk, który wydobył się z wciąż pracującego komputera. Goście i gospodyni odczytali wiadomość: „Zakup anulowano”.

– Pan S.?
– Zgadza się.
– Kończy się panu ubezpieczenie auta trzynastego kwietnia. Sprawdzę pana dane – Ulica... aha, bez zmian, samochód – bez zmian, tak – stłuczek nie było, dobrze, czy nadal deklaruje pan przebieg dziesięć tysięcy km rocznie? – tak, świetnie – więc tysiąc czterysta dziewięćdziesiąt sześć zł.
– No nie, to już przesada, za drogo, pan chyba nowy w branży?
– A może zadeklaruje pan przebieg nie więcej niż pięć tysięcy km rocznie?
– Coś pan, to mam w ogóle nie jeździć?
– Doskonale! Chce Pan na dwie raty?
– A jaka różnica w cenie?
– Liczę, liczę, liczę, jeszcze chwila...
– Czy to pan przed chwilą zadzwonił raz na moją komórkę, przed telefonem na numer miejski?
– Tak, to ja.

W centrum Rygi stoi do dziś na jednym z podwórzy, w otoczeniu wysokich bloków, niski, zmurszały budynek z cegły, z zawilgoconymi ścianami i pomalowaną podłogą wykonaną z prostych desek. Z zewnątrz wygląda jak mały czarnoksięski pałacyk z dwiema wieżyczkami. To tu Valdis prowadził swój biznes w okresie narodzin wyzwolonej Łotwy. Opowiada o tym przy piwie, które łagodzi nieco powracające emocje.
Skorzystał z pomocy znajomych, którzy znali właściciela niemieckiej firmy z Dortmundu. Niemiecka firma była dostawcą popularnych wyrobów do jednej z sieci handlowych: stołów piwnych ze składanymi nogami, niezbędnych na Oktoberfest, a także regałów metalowych wykonanych z cienkiej blachy, przeznaczonych do domowych piwnic na przetwory i narzędzia. I poszukiwała taniego producenta. Valdis poleciał z Rygi do Frankfurtu za bajońskie (i pożyczone) pieniądze – ponad osiemset pięćdziesiąt marek. Zawiózł Niemcom do zatwierdzenia wzór regału wykonany w Rydze. Znajomi wystąpili w roli pośredników.

Bezśnieżne Święta Bożego Narodzenia w 2013 roku nie były wyjątkiem. To moje refleksje z końca grudnia 2008 roku.
Święta Bożego Narodzenia 2008 roku odbyły się bez białej skrzypiącej szaty, bez nieskończonej bieli, która zwykle o tej porze rozpościerała się aż po z lekka pofałdowany mazowiecki horyzont. Przenikliwy chłód bezśnieżnych grudniowych dni i nocy odmieniło nadejście Nowego Roku. Zima rozchyliła przestwór nieba – majestatycznie spływające płatki śniegu spowiły wszystko wokół. Świat w jednej chwili stał się bogatszy i piękniejszy. Dachy domów rozświetliły migocące gwiazdy. Drzewa lasów i pól, krzewy i zarośla, odziane w puchową biel rozjaśniły swe oblicza. Zima przyszła nagle, a wraz z nią nastał oczekiwany od dawna spokój. Przyroda znów wprowadziła ład i porządek, podtrzymała wiarę w nadrzędność swoich praw.